M jak Muzeum

25/09/2013

Guercino czyli Doda

Ciekawie było się dowiedzieć, gdzie jest defibrylator, ale ten, kto będzie go szukał w nagłej potrzebie, niekoniecznie wpadnie na pomysł, żeby zadzwonić akurat do dowódcy straży… Ale to drobiazg.

Teraz o otwarciu Guercina. Po raz kolejny okazało się, że władza nas kocha i że jest świetnie, i rzeczywiście, do pewnego momentu było świetnie, tylko ktoś nie pomyślał, że przy tej ilości wina należało zapewnić jedzenie. A może problem leży gdzie indziej. Może nie należało wpuszczać na muzealne marmury wszystkich tych nowych ludzi, których nasza promocja uzbierała po jakichś peryferiach życia towarzyskiego w Warszawie. Tu małe wyjaśnienie dla ludzi spoza branży, każda instytucja kulturalna musi mieć swoją publiczność i trzeba na to zapracować, odnośne działy promocji tworzą specjalne listy, według których wysyła się zaproszenia. W wyniku różnych nieodgadnionych działań naszych młodych kolegów z działu komunikacji i programów publicznych różni ludzie, nie mający nic wspólnego z kulturą wysoką, od jakiegoś czasu zaczęli robić za naszą nową publiczność. Ja rozumiem, że miło jest popatrzeć na morze głów, falujący tłum widziany z podestu, ale w tym przypadku ilość nie przechodzi w jakość. Bywalcy wernisaży w Muzeum Narodowym w Warszawie niekoniecznie muszą być celebrytami, znanymi z kolorowych pisemek dla kobiet i portali towarzyskich typu Plotek, ponieważ – niestety – całe to mocno szemrane  towarzystwo nie umie się zachować. To znaczy – po spożyciu alkoholu obija się o ściany, awanturuje głośno, szarpie się ze strażnikami (sic!), nie chce wyjść, a wychodząc dopija kolejne kieliszki. Po czym rzuca te kieliszki na ziemię, co oznacza, że następnego dnia po wernisażu w szacownym muzeum na podłodze wala się rozbite szkło, nie mówiąc o zniszczonych łazienkach, powyrywanych dozownikach na mydło itp. atrakcjach.

Owszem, tez uważam, że kultura wysoka nie powinna się izolować. Obecność Dody na wernisażu Wywyższonych była poniekąd uzasadniona. Ale to już chyba przesada, nie mówiąc o tym, że tych ludzi Guercino kompletnie nic nie obchodzi. Imponują im marmury, przestronne wnętrze, złote ramy obrazów. I nic więcej. Więc po co?…

konfaceLa

13/09/2013

Carpaccio z salcesonu

Tym razem będzie o BHP czyli Bezprzykładnej Hucpie coponiektórych Pseudofachowców w naszym muzeum. Jak się przejrzy pocztę kierowaną 2all przez dział kadr, to włos się człowiekowi jeży na głowie. Czy wśród pracowników tej instytucji są tacy, którzy nie mają w domu lodówki, a tym samym nie potrafią jej obsługiwać? Co mnie obchodzi, w jaki sposób należy myć i odmarażać lodówkę? W moim zakresie obowiązków nie ma mycia lodówki i nie ma potrzeby instruowania mnie w tej kwestii. Dodam, że pani, która się tym zajmuje, nie jest moją podwładną i nie widzę powodu, żebym miała interesować się jej pracą. Tego rodzaju instrukcje zachęcają do zakupu większej ilości śluzowaciejącego salcesonu i wątrobianki i wypełnieniu nimi naszej lodówki po brzegi. Kim jest osoba, która te bzdury wymyśla?

I dalej na ten sam temat czyli Bezprzykładnej Hucpy.  Jakiś czas temu dotknął nas problem apteczek, stare zostały skazane na banicje, większość działów pospiesznie opróżniała jakąś zapomnianą szufladę, żeby tam przełożyc dotychczasową zawartość, po czym dostalismy metalowe skrzyneczki wyposażone w różne dziwne przedmioty w rodzaju chusty trójkątnej i nożyczek. A jeśli już mówimy o udzielaniu pierwszej pomocy. O ile dobrze pamiętam w 2005 roku dostaliśmy od Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy defibrylator, który – podobnie jak w metrze – powinien wisieć na widocznym miejscu. Czy ktoś mógłby mnie poinformować, gdzie on wisi?! W założeniu chodzi o to, żeby defibrylatory znajdowały się we wszystkich miejscach publicznych w rodzaju dworców, szkół, hipermarketów – i muzeów. To oznacza, że pewnego pięknego dnia, ktoś wpadnie do nas z krzykiem niekoniecznie w celu napawania się sztuką, tylko w nadziei spożytkowania znajdujacego się u nas urządzenia ratującego życie np. komuś w cafe Lorentz…

I żeby na koniec zwekslować na trochę inne tory, czyli do cafe Aleje, czy to nie mogła być trochę bardziej normalna knajpa, bez parfait  z łososia, carpaccio z buraków, nie mówiąc o serniku z białej czekolady? W czasach ucisku ludzie produkowali różne ersatze, sama piekłam w stanie wojennym piernik na herbacie lipowej z kandyzowaną marchewką, ale to było co innego. Pomysł produkowania pasztetu z grochu, makowca z grysiku i ciastek z mięsa nie jest nowy, ale czy my naprawdę koniecznie musimy to jeść? I to za takie pieniądze?

KonFacela

Blog na WordPress.com.