M jak Muzeum

29/04/2012

Pitawal muzealny, część pierwsza

Nie jestem pewna, ile dokładnie spraw w sądzie pracy ma nasze Muzeum. Ale rzeczywiście wygląda na to, że jest ich pięć, jednej nie jestem do końca pewna (dziewczyna z działu zamówień publicznych?), a jedna osoba – kierowniczka działu wydawniczego – nie ma jeszcze wyznaczonego terminu pierwszej rozprawy. Jedna sprawa dotyczy niesłusznie przyznanej nagany, a pozostałe – no cóż, dotyczą osób zwolnionych z pracy.
W tym miejscu muszę to powiedzieć, choć dla większości z nas jest to pewnie oczywiste. Dla historyków sztuki, archeologów i konserwatorów nie ma wielu miejsc, gdzie mogliby pracować. Zwolnienie kogokolwiek z nas oznacza w praktyce śmierć zawodową, nie mówiąc o tym, że humaniście w ogóle trudno jest znaleźć jakąkolwiek pracę. Dlatego zwalnianie pracowników merytorycznych w instytucji takiej jak nasza uważam za podłość.
W sądzie nasze panie każdorazowo tłumaczą się, że nie mają pieniędzy – na jednej ze spraw powiedziały nawet, że nie mają na zapłacenie ewentualnego odszkodowania, na co rozbawiona sędzina odparła, że jeśli Muzeum przegra, nie będą miały wyjścia…
Tego argumentu używały również, zwalniając jedną z pracownic w wieku emerytalnym. Ponieważ w naszym kraju wiek nie może być podstawą zwolnienia, a w normalnej sytuacji w instytucji takiej jak nasza wiele osób pracuje do późnej starości – sprawa trafiła do sądu. Na drugiej rozprawie sędzia zażądał listy osób zatrudnionych w Muzeum od momentu zwolnienia powódki (tym biednym Muzeum, które nie ma na pensje, nie ma na odszkodowania, nie ma na manikiurzystkę dla pani dyrektor, ani na chlebek z masełkiem). Co w tym wszystkim jest najbardziej wstrząsające? Ano to, że powódka od momentu zwolnienia nadal pracowała w Muzeum jako wolontariuszka. Z niezrozumiałych dla mnie powodów zawarła z Muzeum umowę o wolontariat (większość muzealnych wolontariuszy po prostu nadal przychodzi do pracy, tyle że bez pieniędzy). No i ta umowa o wolontariat została jej wypowiedziana (na piśmie!) następnego dnia po drugiej rozprawie…
Nie ma sprawy, mogę łopatologicznie: jeżeli Muzeum nie ma pieniędzy na zatrudnienie powódki, to dlaczego wypowiada jej umowę o wolontariat? Co się za tym kryje? Ano, pewnie fakt, że od momentu zwolnienia powódki, zatrudniono w Muzeum co najmniej pięć osób, niech mnie ktoś poprawi, kto wie lepiej…
To ponura historia krąży od jakiegoś czasu po muzealnym korytarzu, budząc zgrozę i niedowierzanie…
Powtórzę. Największym bogactwem instytucji takiej jak nasza są zbiory. Ale to ludzie sprawiają, że te zbiory istnieją w świadomości publicznej, bez ludzi wszystkie te obrazy na siatkach i rzeźby w magazynach mogą sobie porosnąć kurzem i nic z tego nie będzie.
W następnym odcinku historia zaginionego stanowiska…

KONFaCeLa

Reklamy

25/04/2012

Skala zamieszania

Podejrzewam, że aż do 17 maja, a i długo potem, tematem dyżurnym na tym blogu będzie remont. Przy okazji – bardzo mnie  bawią wygłaszane teraz przy każdej okazji deklaracje naszej dyrekcji dotyczące wentylacji i klimatyzacji. Nikt nie mówi dokładnie gdzie, gdzie będzie ta klimatyzacja, wiadomo tylko, że nie będzie jej na malarstwie polskim, co w kontekście odsłoniętych świetlików nie rokuje najlepiej…
Teraz na temat skali całego tego zamieszania. Fakt postawienia kilku nowych ścianek na wspomnianym już malarstwie polskim nie jest niczym specjalnym, w Muzeum stawia się ścianki przy każdej wystawie czasowej. Okna wymieniano sukcesywnie od jakiegoś czasu, a jeśli chodzi o podłogi, to to co się wyprawia przy cyklinowaniu przechodzi wszelkie pojęcie.
Jeśli chodzi o dziedziniec Lorentza, to myślę, że nasz niegdysiejszy dyrektor przewraca się w grobie, szczególnie jeśli chodzi o te powycinane drzewa. Nie mówiąc o trawie z rolki. Nie ogród, nie oaza w centrum miasta, tylko gołe, zielone boisko. Tyle będziemy mieli przynajmniej wspólnego z EURO, bo oni tam na tym stadionie chyba też mają trawę z rolki.
I na koniec coś pozytywnego, a przynajmniej zapowiada się pozytywnie: zdjęto tę straszliwą quasi-cmentarną czarno-złotą tablicę przy wejściu dla pracowników. Mam nadzieję, że nowa będzie bardziej gustowna.
Na zakończenie krótka historyjka związkowa, dotyczaca wyborów do rady pracowników i wtrącania się w tę sprawę  naszej wice-dyrekcji (trudny problem ordynacji wyborczej). Ta rada nie powstanie i za dziesięć lat, jeżeli w końcu ktoś z tym nie pójdzie do sądu, bo naszej dyrekcji zależy wyłacznie na przewlekaniu sprawy. To że nasze  drugie związki znowu zdradziły i to w ostatniej chwili  nie jest niczym nowym. Długoletnia tradycja wojny z merytorycznymi, a także kolejne zapewnienia głównej księgowej zrobiły swoje. Mimo że dyrekcja już od dawna nie faworyzuje pracowników niemerytorycznych, ci jakby nadal nie rozumieli, że brak rady pracowników jest niekorzystny również dla nich. Tak. To już się robi nudne.

A jeśli już mowa o sądzie, to w jednym z najbliższych odcinków pitawal muzealny.

KONFACELA

07/04/2012

Życzenia Wielkanocne

Filed under: M jak Muzeum — Konfacela @ 19:07
Tags: , , , , , , , , , ,

Marzanna utopiona? Utopiona. Jajeczka poświęcone? Poświęcone… Co do flagi na 1. Maja, to jeszcze mamy chwilę czasu… W końcu mogę w końcu bez przeszkód usiąść przy komputerze i złożyć wszystkim moim czytelnikom najlepsze życzenia z okazji świąt Wielkanocnych. Przy okazji bardzo dziękuję za życzenia naszej pani dyrektor i jeszcze za możliwość wyjścia z pracy w Wielki Piątek o całe dwie godziny wcześniej. Każdy kogo spotkałam wychodząc, kręcił z niedowierzaniem głową. Mówiłam, że tak będzie. Będziemy wdzięczni za każdy ludzki odruch, za każde normalne odezwanie… A poza tym… mówiłam, że nasz świetny scenograf i artysta wróci, w końcu są to niebagatelne pieniądze…  A co do klimatyzacji, to galerii sztuki polskiej z domieszkami nie ma śladu klimatyzatorów ( to są te duże pudła, z których wieje zimne powietrze w upały). A na ryzalicie jest teraz wentylacja, a nie klimatyzacja i to są naprawdę dwie różne sprawy, jak kto ciekawy, wystarczy poczytać w internecie. Czyli na skutek całego tego remontu na ryzalicie zamienił stryjek siekierkę na kijek, a może nawet na najzwyklejszy w świecie badylek…

KONFACeLA

04/04/2012

Nie bez przyczyny

Co mówią na naszym pięknym korytarzu, ano że nasza dyrekcja pokłóciła się, niestety, z naszym znakomitym projektantem. Mówią, że biedakowi nie zapłacono za genialny projekt. Mówią też, że zapłacono, ale za mało. I że nasz artysta zabrał się i poszedł zarabiać pieniądze gdzie indziej… Ponieważ projekt nowej galerii sztuki polskiej był przygotowywany z pominięciem działu, więc teraz trudno oczekiwać, że samo się powiesi, bez projektanta. Chyba żeby pani dyrektor osobiście… ale chyba siły już nie te…
Ale nie trzeba się martwić, mówią, że artysta wróci. Na jego miejscu też bym wróciła, choćby po to, żeby wydostać resztę pieniędzy… Z tym może być jednak krucho, ponieważ Ministerstwo Finansów zamroziło tzw. bezosobowy fundusz płac czyli wszystkie wypłaty poza pensjami pracowników na etacie. Przypuszczam, że artysta sobie poradzi i w ogóle cała ta sfora z zewnątrz jakoś dziwnie mnie nie martwi, tylko tak się zastanawiam, co będzie z naszą grupą techniczną, nie mówiąc o dziale organizacji wystaw, czy jak tam on się teraz po reorganizacji nazywa?
W ogóle zjawisko jest niepokojące. Demoralizacja i upadek obyczajów. Ludzie przekazują sobie wszystkie te nowiny z wielką satysfakcją. To musi być okropne, kiedy podwładni czekają na każde potknięcie dyrekcji…  Ale – nie ulega wątpliwości, że to wszystko dzieje się nie bez przyczyny, prawda?
konfaCela

30/03/2012

Statystyki i nieustająco kwerendy

Filed under: M jak Muzeum — Konfacela @ 21:21
Tags: , , , , , , ,

Zgodnie z obietnicą sprzed kilku dni sięgnęłam do statystyk i jak zawsze liczby powiedziały więcej niż jakiekolwiek inne dane. W październiku ubiegłego roku Konfacelę czytały 3554 osoby. Ale już w listopadzie, a był to, przypomnijmy, miesiąc, kiedy nasze panie wprowadziły reformę struktury Muzeum – liczba czytelników wzrosła do 10.759. Czyli trochę ponad trzykrotnie. Potem nastąpił lekki spadek (na spotkaniu gwiazdkowym dyrekcja ogłosiła, że nie będzie więcej zwolnień), po czym od stycznia liczba osób czytających Mjakmuzeum rosła  systematycznie, żeby w marcu osiągnać najwyższy poziom czyli 14.397.  Rekord odwiedzin nastąpił 27 lutego – wtedy nasza dyrekcja spowodowała zamknięcie otwartego, choć dawno już nieaktywnego blogu Upiora – wtedy to M jak Muzeum odwiedziło 967 osób. Oczywiście podając wszystkie te liczby, mam na myśli liczbę wejść, bo komputer liczy wejścia, a nie osoby, a należy założyć, że niektórzy z nas wchodzili na blog kilkakrotnie tego samego dnia.  Przeciętnie jest to koło 500 wejść dziennie.
Do najczęściej czytanych postów należy – o dziwo – Fundraising Gala Diner bis, a potem Silva rerum i na trzecim miejcu pierwszy post M jak Muzeum czyli Wyznania Konfaceli. A na czwartym – Kto się boi Upiora.
Co zabawne, czytają nas nie tylko w Polsce, ale również w Stanach, Wielkiej Brytanii i Niemczech.
Co ludzie najczęściej wpisują w wyszukiwarkę i wychodzi im MjakMuzeum? Oczywiście rzeczone mjakmuzeum, potem konfacela, ale bardzo blisko mamy mobbing i, o dziwo, żuki – napisałam kiedyś post pt. Żuki, chrząszcze i chrabąszcze (dotyczył absurdalnych kwerend). Biedni entomolodzy…

A jeśli chodzi o kwerendy, to w naszym nowym projekcie reformatorskim z najlepszymi praktykami i możliwymi rozwiązaniami widzę kilka pozytywnych elementów, a mianowicie stały cennik, który dodatkowo miałby być umieszczony na stronie internetowej. Do tej pory część wszystkich tych wycen była mnożona przez pi i dzielona przez sufit, nie mówiąc o tym, ze odbywała się bez oglądania obiektu przez wyceniającego.
Z drugiej strony nie chce mi się tego powtarzać, ale my obsługujemy kwerendy w ramach obowiązków służbowych i dostajemy za to pieniądze w postaci pensji, czyli budżet państwa już raz za to zapłacił. Dlaczego miałby płacić po raz drugi? I jeszcze rozczula mnie wiara naszych analityków w możliwości naprawy poprzez digitalizację. Przecież ta digitalizacja sama się nie zrobi! Każdy obraz trzeba zdjąć z siatki albo wygrzebać ze stelaża i sfotografować. Gabinety graficzne mogą ewentualnie zeskanować. Nie wiem, jak w innych działach, ale u nas obiekty nie chcą same chodzić…

KonfacelA

27/03/2012

Państwo duńskie

Ten post wyjątkowo nie jest w pierwszym rzędzie skierowany do pracowników naszego pięknego Muzeum. Tylko do ludzi z zewnątrz, którzy również czytają ten blog i próbują mi udzielać różnych mądrych pouczeń. Najpierw miałabym ochotę zapytać, niczym pracownik działu marketingu, jak własciwie trafili na ten, w końcu bardzo specjalistyczny blog poświącony najwiekszemu Muzeum w Polsce i jego trudnym problemom. Może dzięki otagowaniu, ale jakoś nie chce mi się w to wierzyć (przy okazji postaram się z grubsza przedstawić krótki wyciąg z tzw. statystyk, czyli ile osób nas czyta i jak to wygląda z perspektywy czasu). Zdaję sobie sprawę, że blog czytają w naszym wspaniałym ministerstwie i w wielu innych zaprzyjaźnionych muzeach. Różne muzea patrzą na Muzeum Narodowe w Warszawie, czemu trudno się dziwić – bo problemy z dyrekcją czyli mobbing, napotyzm, brak wizji i strategii, pseudoreformy – nie są warszawską specjalnoscią. Z różnych stron dochodzą nas informacje o podobnych sytuacjach w innych muzeach w całej Polsce.  A mówiąc szerzej – nie tylko w muzeach, ale wszędzie, i to zarówno w wielkich korporacjach, jak i państwowych instytucjach, takich jaka nasza.
Drodzy moi czytelnicy SPOZA naszego muzealnego środowiska! Nie ma takiej możliwości, żeby ktoś z dyrekcji mnie wysłuchał – a że blog czytają, to wiem na pewno. Nie mam innej drogi kontaktu – nasza dyrekcja NIE CHCE rozmawiać z pracownikami. Nie komunikuje się z nami, tylko komunikuje nam to, uważa za konieczne. Styl tej komunikacji jest – no cóż, fatalny. Wszystkie te awantury, te ciągłe wrzaski  i trzaskanie drzwiami, budzą we mnie chęć schowania się w mysią dziurę. Szereg bezmyślnych, mechanicznych albo wynikajacych z osobistej urazy decyzji personalnych – to wszystko nie budzi we mnie ani szacunku, ani sympatii dla dyrekcji. Mimo to moją intencją nie jest dokuczanie, czy też obrażanie kogokolwiek, tylko zwrócenie uwagi na to, że źle się dzieje w państwie duńskim. A także – przeciwstawienie się nachalnej i kłamliwej propagandzie sukcesu, uprawianej przez naszą dyrekcję i danie możliwości wypowiedzi, tym, którzy boją się wrzasków, ale mają coś do powiedzenia.

KONFACELa

23/03/2012

Badylek na głowę

Od jakiegoś czasu obserwuję ze zdumieniem, jak nasza dyrekcja rwie się do załatwiania różnych spraw, które w ogóle nie powinny jej interesować. Dyrekcja to dyrekcja. Powinna dobrze wyglądać, żeby móc godnie reprezentować Muzeum na zewnątrz, starać się o fundusze, wyznaczać priorytety i w razie potrzeby podejmować trudne decyzje. Zarządzanie polega na tym, żeby osiągnać zamierzone cele, organizując pracę innych ludzi, a nie przez wykonywanie zadań osobiście.
A przy okazji… jeśli już mówimy o wykonywaniu pewnych rzeczy osobiście, to chyba najwyższy czas przestać osobiście farbować sobie włosy. Ten żołty odcień jest fatalny, poza tym nie pasuje do tych wszystkich beżowych żakiecików…
Ale wróćmy do trudnych problemów zarządzania.
Normalny dyrektor nie zajmuje się osobiście całym szeregiem spraw, bo nie ma na to czasu i  ma od tego ludzi.
Normalny dyrektor wie, co i jak trzeba zrobić, a w razie potrzeby może to skontrolować. Gdyby nie wiedział, to by nie mógł niczego skontrolować.
Niestety. Niestety. Nasza dyrekcja znowu usiłuje uregulować coś, co w ogóle nie powinno jej interesować czyli kwerendy. Kwerendy są naszym statutowym obowiązkiem, ponieważ zbiory Muzeum nie należą do nas, tylko do całego naszego narodu. Swego czasu pisałam, że nasz dyrektor ds. naukawych chciałby ograniczyć liczbę kwerend – chodzi o to, żebyśmy nie robili czegoś, co nam wypełnia czas, w którym rzekomo nic nie robimy. Stąd najnowsze zarządzenie dyrekcji, powierzające administrowanie kwerendami działowi inwentarzy. Pomijajac fakt, że w dziale inwentarzy są obecnie trzy osoby, jest to pomysł z gatunku surrealistycznych.
Ale mogę się łatwo domyślić, jak to działa, patrz wyżej… normalny dyrektor wie, co i jak trzeba zrobić, a w razie potrzeby może to skontrolować. No ale jak nie wie, to rozpaczliwie próbuje to ograniczyć. Mogę sobie łatwo wyobrazić te rozmowy między państwem dyrektorostwem, a że nie wiadomo właściwie, ile oni tych kwerend obsługują, a po co to robią, a jak to robią, a że nikt tego nie kontroluje – i że najwyższa pora z tym skończyć. Najlepiej wyznaczyć procent czasu, jaki moglibyśmy poświęcać na kwerendy. I pędzić, pędzić tych wszystkich interesantów, którzy jeszcze usiłują coś u nas obejrzeć… Swego czasu wyliczono nam procent czasu, który możemy poświęcić na obiad i było to 3,125% z ośmiu godzin naszej codziennej pracy. Dodałabym drugie tyle na tę poranną kawę, do której tak nas zachęcała pastereczka, a do tego pół procenta na siusiu… I badylek na drogę.

KoNFACELA

18/03/2012

Poczta Konfaceli

Droga Damo z Łasiczką, dopiero dzisiaj zauważyłam Twój wpis pod moim przedostatnim postem. Ten z cytatem z Dołęgi-Mostowicza. Uważam, że porównanie naszej dyrekcji zastępczej z Nikodemem Dyzmą jest wyjątkowo trafne. Twój wpis, droga Damo, skłonił mnie do refleksji nad naszą sytuacją. Na czym to właściwie polega. Dlaczego nasza dyrekcja usiłuje nam wmówić, że nic złego się nie dzieje – przeciwnie, że jest świetnie. Propaganda sukcesu jak za Gierka. Dyzma również, o ile dobrze pamiętam, odnosił same sukcesy, a nawet dostał od prezydenta misję stworzenia nowego rządu… Ten sam przekaz wychodzi od nas na zewnątrz, osobliwie w kierunku naszego organizatora, nie mówiąc o prezydencie… Przeprowadziliśmy restrukturyzację, a także redukcję zatrudnienia. Czy to nie brzmi dobrze? Moim zdaniem świetnie. Każdy czeka na takie informacje. No to co? Restrukturyzacja? Jest. Redukcja zatrudnienia? Jest. Remont? Jest. Chyba tylko o fladze na pierwszego maja zapomnieliśmy…  Na czym właściwie polega nasz problem? Co możemy przeciwstawić trzem RE: REstrukturyzacji, REdukcjom i REmontowi?
1. Pierwsze RE. Krótko mówiąc: nowa struktura jest niezgodna z podstawowymi podziałami w naszej szlachetnej dziedzinie, poza tym jest niekonsekwentna. Nowa struktura nie odzwierciedla w żaden sposób naszych mocnych stron, nie wyróżnia, lecz marginalizuje działy posiadające szczególnie cenne zbiory. Nowa struktura jest nieefektywna – jak centralizm zarządzania miałby pomagać w przepływie informacji i podnosić sprawność działania całej instytucji? No więc: NIEKOMPETENCJA. Ale poczytajcie sobie prasę, czy to można przeciwstawić RESTRUKTURYZACJI? U nas wszyscy krzyczą REFORMA! RESTRUKTURYZACJA! nie zdając sobie sprawy z tego, że te procesy wymagają głębokiej wiedzy i doświadczenia.
2. Drugie RE. Nie twierdzę, że w Muzeum nie należało zdredukować części zatrudnienia. Ale może należało najpierw pomyśleć, gdzie naprawdę jest za dużo ludzi, a gdzie ich brakuje, a nie zwalniać głupio, bezmyślnie, z osobistych pobudek, złośliwie, mechanicznie i tak dalej. Tutaj mamy już mocniejsze słówko do przeciwstawienia REDUKCJOM, a mianowicie MOBBING jako część szerszego problemu. Oraz nadal NIEKOMPETENCJA.
3. Trzecie RE. Jak większość z nas, z dyrekcją włącznie, nie znam się na REMONCIE. I nie muszę. Drogi Anonimie. To świetnie, że planuje się założenie klimatyzacji na dawnych galeriach sztuki obcej. A kiedy? Czy to będzie tak jak z Trasą Łazienkowską, że tuż po uroczystym otwarciu wszystko się na nowo zamknie i zacznie remont na nowo? Jest jakiś plan montowania klimatyzatorów? Czy Wywyższeni będą dodatkowo uhonorowani klimatyzacją? A może dopiero przed wystawą Rothko wszystko się znowu rozwali i założy klimatyzację? Pewnie nie powinnam tego sugerować, bo nie po raz pierwszy moje światłe pomysły  stanowią natchnienie dla naszej dyrekcji, ale co tam.
Nie zmienia to faktu, że remont powinien być prowadzony stopniowo, bez  konieczności zamykania Muzeum dla publiczności. Że ktoś powinien go koordynować i ustalić z góry jakąś kolejność czynności, żeby nie robić dwa razy tego samego (cyklinowanie przed postawieniem ekranów!). Że nie powinno być czterech podwykonawców. Bo inaczej mamy do czynienia z NIEKOMPETENCJĄ i MARNOTRWSTWEM. Mówimy o publicznych pieniądzach, bo nawet jeśli mamy kilku sponsorów, to gros naszych wydatków ponosi państwo polskie.

Nie wiem, czy NIEKOMPETENCJA, MOBBING i MARNOTRAWSTWO są w stanie przebić trzy RE. Jak czytam gazety, to nie jestem pewna. Tamto są słowa-wytrychy, może tylko MOBBING jest w stanie przykuć czyjąkolwiek uwagę, bo to modne. Jak ktoś ma jakiś pomysł, jaki wytrych przeciwstawić naszym trzem RE, to poproszę.  Wbrew pozorom język sprzeciwu jest równie ważny jak sam sprzeciw.

I na koniec, ponawiam swój apel o podpisywanie się pseudonimami.

KONFACElA

17/03/2012

Syndrom Chorego Budynku

Wiosna nadchodzi wielkimi krokami! Wszyscy spieszą z pomocą naszej drogiej instutucji! Jak się dowiadujemy ze sprawozdania z poniedziałkowego kolegium na sławetnym obiedzie padło kilka propozycji. To znaczy, że któryś z tych ludzi zaproponował, że być może jutro, w grudniu, po południu… Wszystko u nas działa na zasadzie radia Erewań. Mówimy: remont, myślimy partia… to znaczy, mówimy partia, myślimy Lenin… tfu, mówimy remont, widzimy: pomalowane na inny kolor ściany plus wycyklinowana podłoga, ja się pytam, gdzie tu jest jakikolwiek remont? Gdzie jest klimatyzacja? Nie mówię o wentylacji, nie mam pojecia, czy jej wymiana była potrzebna, ale o klimatyzacji. Muzeum od dawna cierpi na syndrom chorego budynku, dosłownie i w przenośni. Zbyt mała ilość świeżego powietrza i zła jego jakość na galerii malarstwa polskiego z przyległościami od lat powodowały u pań pilnujących typowe objawy SBS (nie mówimy o Sytuacji Bez Sensu, tylko o tzw. Sick Building Syndrome). Brak klimatyzacji na polskim jest dla mnie czymś tak niepojętym, że zapytam, może ja czegoś nie wiem, może czegoś nie zauważyłam? Ktokolwiek widział (klimatyzację), ktokolwiek wie? Idźmy dalej, czy ktoś coś słyszał o klimatyzacji na dawnych galeriach sztuki nowożytnej obcej (bez przyległości?), tam gdzie teraz mają być Wywyższeni? Tak pytam, bo jak się okazuje mamy plan wystaw na 2013 rok, zajrzyjcie sobie na naszą stronę internetową… no i tam jest Rothko, w przyszłym roku. Nie wiem, jak nasza dyrekcja to sobie wyobraża, że Amerykanie dadzą nam te swoje arcydzieła do nieklimatyzowanych pomieszczeń latem. Poza tym kiedy ostatnio pożyczaliśmy coś z Waszyngtonu? To musiało być za Folgi, która w przeciwieństwie do naszej obecnej dyrekcji, jak już wyjeżdżała coś załatwić, to wracała z kontraktem pod pachą. A, jeszcze mnie ciekawi, kto ewentualnie miałby zapłacić za ubezpieczenie. Czy nasza pani dyrektor sądzi, że wystarczą gwarancje rządowe??

Poza tym zastanawia mnie problem kwerendy jako takiej. Wielu z nas musiało swego czasu wyjaśniać różnego rodzaju kontrolerom, na czym polega kwerenda. Upominano nas, że powinniśmy ograniczyć ilość kwerend. Nietrudno zgadnąć, dlaczego – chodzi o to, żebyśmy nie robili czegoś, co nam wypełnia czas, w którym rzekomo nic nie robimy. Niestety, od czasu do czasu dyrekcja budzi się z letragu albo ze snu zimowego i zaczyna wertować pocztę, wynajdując przy tym najbardziej absurdalne kwerendy, które należałoby wyrzucić do kosza (albo zaproponować, żeby państwo sobie sami przyjechali i poszukali). Nie mówię o kwerendach w rodzaju cyklina (nazywana również gładzicą) w sztuce albo wystawa kur ozdobnych, jak ostatnio (bo to z grubsza załatwia mona), tylko o różnych monstrualnych kwerendach, obejmujacych wiele działów i dziesiątki tysięcy obiektów do przejrzenia. Już nie mówię o tym, że z reguły nie są to muzea czyli nasz naturalny partner, tylko różne towarzystwa naukowe… W rozmowach z różnymi instytucjami zewnętrznymi nasza pani dyrektor, z reguły bardzo niegrzecznie, odpowiada, że pracownicy – jej pracownicy – są bardzo zajęci i nie mają czasu pracować za i na inne muzea…

Na koniec tradycyjnie o garstce. Niezadowolonych. Każdy dyktator twierdzi, że przyczyną rozruchów jest garstka wichrzycieli. Nasza dyrekcja oprócz tego stara się ze wszystkich sił, żeby rozbić jedność pracowników, sugerując istnienie różnych sztucznych podziałów, takich jak starzy i młodzi, kuratorzy i reszta pracowników, nie eksponując przy tym, co zabawne, starego podziału na pracowników merytorycznych i administrację. Nietrudno zgadnąć, dlaczego. Do tej pory administracja znajdowała się przeważnie pod parasolem ochronnym, ale nasza dyrekcja zastępcza złożyła ten parasol i odstawiła do kąta. Nie wiem, czy powinniśmy się tym cieszyć, czy martwić, ale obecnie administracja robi za hołotę w niemniejszym stopniu niż pracownicy merytoryczni. Szacun, drodzy państwo… jak mówią młodzi. Albo – witajcie w klubie, jak mówią starzy.

KONFACELa

10/03/2012

Silva rerum

Filed under: M jak Muzeum — Konfacela @ 20:09
Tags: , , , , , , , , , , ,

Niestety, z chwilą kiedy nasz Tintin został następcą pani od wystających ramiączek, przestałam wiązać z nim jakiekolwiek nadzieje. Na trop, że coś jest nie w porzadku naprowadziła mnie wcześniej  jedna ze sprzataczek, potraktowana jak mebel przez naszego pana dyrektora – czy to ja muszę tłumaczyć, że grzeczność dla stojacych najniżej w tzw. hierarchii jest miarą klasy, której chyba komuś tutaj brakuje?
Dalej, jak mówią, branża PR od jakiegoś czasu ma nowego klienta – a są to instytucje takie jak nasza. Co najdziwniejsze w przeciwieństwie do operatorów telefonii komórkowej, nie mówiąc o producentach dezodorantów, instutucje typu non-profit nie liczą się z pieniędzmi na autopromocję, za to bez wahania dokonują cięć w innych dziedzinach – patrz nasze Muzeum. Żeby to jeszcze przekładało się na jakieś wymierne rezultaty, to byłoby pół biedy. Ale cały ten PR przypomina propagandę sukcesu z okresu wczesnego Gierka… wystarczy się wczytać uważnie w przemówienie pani dyrektor… A jeśli już jesteśmy przy sławetnym obiedzie… prezydent, nasz minister et consortes, czyli urzędnicy… i kto jeszcze? Gdzie ci wielcy biznesmeni, gotowi nas zasypać górą grosza? Gdzie najbogatszy Polak, patrz ranking Forbesa?…

Teraz o nowej formule kuratorium – myślę, że w obecnym składzie nikt już nie będzie protestował przeciwko innowacjom polegającymi na zmianie czasu i miejsca – to niby drobiazg, ale znaczący. No więc nie sala konferencyjna, tylko gabinet pani dyrektor, wtorek zamiast środy, i pora wreszcie skończyć z tym prowadzeniem zebrań przez przewodniczącego KK, co to znaczy, żeby ktoś inny prowadził zebranie, kiedy na sali jest pani dyrektor? To bardzo wygodna formuła: pani dyrektor mówi, wszyscy słuchają, a po kwadrandsie rozchodzą się do swoich zadań. Koniec z głupimi dyskusjami. Nie ma żadnego spiskowania, żadnych głupich listów, dosyć tego rozrabiania!

No a manifa? Ciekawość mnie zżera, czy nasze panie wybiorą się znowu na manifę? A może będą się wstydziły? Za czym będą demonstrowały? Za podwyższeniem wieku emerytalnego dla kobiet? To dopiero byłoby paradne! Pani dyrektor, która latem ubiegłego roku zwolniła z pracy szereg swoich koleżanek w wieku emerytalnym – sama będąc w wieku emerytalnym – podobno ręka jej zadrżała – ale jak mówią złośliwi, to ze starości… Nota bene przykład naszej dyrekcji wskazuje dobitnie, że przynajmniej niektóre kobiety zdecydowanie nie powinny pracować po ukończeniu pewnego wieku…

I na koniec króciutko o proporcjach… Zawsze mnie bawiła ta garstka buntowników… Za Piotrowskiego było tak samo. Garstka, ułamek, margines. Wszyscy kochają panią dyrektor, tylko ta nieszczęsna garstka… Pamiętam jak to było, jak się zaczynały strajki w stoczni w 1980 roku. Nie było strajków, tylko przestoje w pracy. Demonstrujący robotnicy to był element antysocjalistyczny, nie mówiąc o tym, że była ich garstka…

kONFACELA

Następna strona »

Blog na WordPress.com.