M jak Muzeum

03/05/2012

Pitawal muzealny, część druga

Nie ukrywam, że po przeczytaniu niektórych komentarzy pod ostatnim postem zrobiło mi się smutno. Miarą naszej pracy nie jest bezwzględne utrzymywanie dyscypliny, bo nie pracujemy przy taśmie… Zawsze w takich sytuacjach przypomina mi się Tyrmand i jego dziennik, anno domini 1954, nie mogę się oprzeć, żeby nie zacytować: „Idea dyscypliny pracy […] polega na niszczeniu w duszy ludzkiej pierwiastkowego poczucia obowiązku i nieustannej mobilizacji do nadużyć. Upupia i infantylizuje. Sprawia, ze rozsądny i dojrzały człowiek uważa zmarnowanie paru godzin na bezkarne nieróbstwo za moralną wartość, osobisty sukces i osiagnięcie dnia”. Dodajmy, szczególnie w przypadku takiej instytucji jak nasza, gdzie jakiś tam procent naszej pracy ma charakter twórczy.
Teraz o kolejnej sprawie sądowej, wytoczonej Muzeum przez zwolnioną kurator sztuki XX wieku. Dopiero niedawno uświadomiłam sobie, że dział sztuki XX wieku poniósł w trakcie jesiennych pseudoreform jedne z największych strat w całym Muzeum. W starożytności i w malarstwie polskim kuratorami zostały osoby powolne dyrekcji. Podobnie w numizmatyce. Średniowiecze zostało połączone ze sztuką nowożytną. Grafika dawna scalona w jeden monstrualny gabinet. Natomiast sztuka XX wieku straciła jednego kuratora, a drugi został zdegradowany. W praktyce została bez jakiegokolwiek szefa, którym niespodziewanie został nasz naukawy pseudodyrektor, siedzący teraz okrakiem na dwóch stołkach…
W sądzie nasza wice-dyrektor argumentowała dzielnie, że stanowisko kuratora sztuki XX wieku zostało zlikwidowane na skutek połączenia działów i że obecnie funkcję tę pełni dyrektor naukowy. Jak mówią, sędzina przecierała oczy ze zdumienia na wieść, że ktoś został zatrudniony na stanowisku powódki – bo nie wolno zwolnić jednej osoby po to, żeby na jej miejsce zatrudnić inną, która bardziej nam odpowiada. Ciekawość mnie bierze, czy nasz dyrektor bierze dwie pensje, ja tego nie wiem, ale sąd może o to zapytać i pewnie to zrobi…
Cóż jeszcze mogłabym dodać, ano że po raz kolejny regulamin pisze się pod konkretną osobę, przecież tego pseudofachowca w końcu wyrzucą i być może nareszcie trafi nam się jakiś dyrektor naukowy, który nie będzie od sztuki XX wieku i co wtedy? Kto wtedy będzie szefem działu sztuki XX wieku??
I jeszcze króciutko na temat dziedzińca Lorentza, co za pomylony projektant wpadł na pomysł, żeby wysypać ścieżki kamykami, przecież po tym nie da się chodzić, a szczególnie na wysokich obcasach…

konfacelA

Reklamy

29/04/2012

Pitawal muzealny, część pierwsza

Nie jestem pewna, ile dokładnie spraw w sądzie pracy ma nasze Muzeum. Ale rzeczywiście wygląda na to, że jest ich pięć, jednej nie jestem do końca pewna (dziewczyna z działu zamówień publicznych?), a jedna osoba – kierowniczka działu wydawniczego – nie ma jeszcze wyznaczonego terminu pierwszej rozprawy. Jedna sprawa dotyczy niesłusznie przyznanej nagany, a pozostałe – no cóż, dotyczą osób zwolnionych z pracy.
W tym miejscu muszę to powiedzieć, choć dla większości z nas jest to pewnie oczywiste. Dla historyków sztuki, archeologów i konserwatorów nie ma wielu miejsc, gdzie mogliby pracować. Zwolnienie kogokolwiek z nas oznacza w praktyce śmierć zawodową, nie mówiąc o tym, że humaniście w ogóle trudno jest znaleźć jakąkolwiek pracę. Dlatego zwalnianie pracowników merytorycznych w instytucji takiej jak nasza uważam za podłość.
W sądzie nasze panie każdorazowo tłumaczą się, że nie mają pieniędzy – na jednej ze spraw powiedziały nawet, że nie mają na zapłacenie ewentualnego odszkodowania, na co rozbawiona sędzina odparła, że jeśli Muzeum przegra, nie będą miały wyjścia…
Tego argumentu używały również, zwalniając jedną z pracownic w wieku emerytalnym. Ponieważ w naszym kraju wiek nie może być podstawą zwolnienia, a w normalnej sytuacji w instytucji takiej jak nasza wiele osób pracuje do późnej starości – sprawa trafiła do sądu. Na drugiej rozprawie sędzia zażądał listy osób zatrudnionych w Muzeum od momentu zwolnienia powódki (tym biednym Muzeum, które nie ma na pensje, nie ma na odszkodowania, nie ma na manikiurzystkę dla pani dyrektor, ani na chlebek z masełkiem). Co w tym wszystkim jest najbardziej wstrząsające? Ano to, że powódka od momentu zwolnienia nadal pracowała w Muzeum jako wolontariuszka. Z niezrozumiałych dla mnie powodów zawarła z Muzeum umowę o wolontariat (większość muzealnych wolontariuszy po prostu nadal przychodzi do pracy, tyle że bez pieniędzy). No i ta umowa o wolontariat została jej wypowiedziana (na piśmie!) następnego dnia po drugiej rozprawie…
Nie ma sprawy, mogę łopatologicznie: jeżeli Muzeum nie ma pieniędzy na zatrudnienie powódki, to dlaczego wypowiada jej umowę o wolontariat? Co się za tym kryje? Ano, pewnie fakt, że od momentu zwolnienia powódki, zatrudniono w Muzeum co najmniej pięć osób, niech mnie ktoś poprawi, kto wie lepiej…
To ponura historia krąży od jakiegoś czasu po muzealnym korytarzu, budząc zgrozę i niedowierzanie…
Powtórzę. Największym bogactwem instytucji takiej jak nasza są zbiory. Ale to ludzie sprawiają, że te zbiory istnieją w świadomości publicznej, bez ludzi wszystkie te obrazy na siatkach i rzeźby w magazynach mogą sobie porosnąć kurzem i nic z tego nie będzie.
W następnym odcinku historia zaginionego stanowiska…

KONFaCeLa

Blog na WordPress.com.